Kiełkująca miłość, czyli o zielonych ziarenkach

Wracam po dłuższej przerwie z wpisem o zielonych ziarenkach, które od jakiegoś czasu zdobią moje biurko. Do tej pory słyszałam o nich trochę w kontekście dodawania ich do kanapek, wiedziałam też że są zdrowe i że pewnie gdzieś można je kupić. O własnej hodowli wtedy jeszcze nie myślałam, bo to pewnie pracochłonne i skomplikowane… no, może poza rzeżuchą, z którą przygodę rozpoczęłam i zakończyłam w szkole podstawowej.

Teraz odkryłam je na nowo – głównie dzięki temu, że w moje ręce wpadło proste i niesamowite urządzenie, które pozwala na wyhodowanie własnych kiełków w ciągu kilku dni. Nie wymaga też niczego poza podlewaniem. W kiełkownicy (o, na przykład TAKIEJ) można zasiać na każdej z szalek inną roślinę. U mnie w tej chwili na jednym z poziomów kiełkuje sobie pszenica, na drugim rzeżucha, na trzecim miały być brokuły (ale chwilowo ostatnia szalka stoi pusta).

Kilka dni zajmuje kiełkowanie roślin (u mnie zielone pędy było widać już po 1,5 dnia), potem jeszcze 3-4 na ich wzrost i gotowe – kiełki nadają się do jedzenia, dodawania do kanapek, zup, dań orientalnych, tofu, właściwie do wszystkiego. Niektóre mają bardziej wyrazisty smak (cebula, brokuł, rzeżucha), a inne (pszenica, lucerna) są delikatniejsze. 

Mają sporo witamin i są mniej kaloryczne (no, na pierwszy rzut oka raczej widać, że nie są to najbardziej kaloryczne rzeczy, jakie ostatnio jadłeś 😉 ) niż ich nasienne odpowiedniki. Zawierają dużo białek, błonnika i kwasów omega-3. Niektórzy dodają do ich właściwości jeszcze to, że odmładzają. Różne kiełki zawierają różne elementy odżywcze, te soczewicowe są źródłem kwasu foliowego, te lucerny z kolei są niezłym źródłem żelaza.

Dla mnie przede wszystkim to świetna zabawa – dużo radości daje mi patrzenie na to, jak po kilku dniach pokój zdobi kilka centymetrów zieleni, którą można wykorzystać w kuchni. Fajnie jest też urozmaicić sobie śniadanie dodaniem kilku witamin, które w dodatku zmieniają delikatnie smak potraw.

Nie trzeba na to dużo czasu ani miejsca. Można oczywiście hodować kiełki w zwykłym pojemniku lub na talerzu, choć muszę przyznać, że naprawdę opłaca się zainwestować w kiełkownicę. Przyspiesza wzrost roślin, ułatwia ich podlewanie (przez sprytny system odprowadzania nadmiaru wody), pomaga zachować odpowiednią temperaturę, a kosztuje zaledwie kilka złotych.

Co polecam na początek zabawy z kiełkami? Żadne nie wymagają specjalnych umiejętności, smakowo bywa różnie. Najbardziej jednak polecam gotowe mieszanki różnych odmian roślin, ja mam teraz coś, co nazywa się mieszanką energetyczną. Zawiera jednocześnie len, sezam, lucernę, koper, kozieradkę i gorczycę – dobre dla tych, którzy nie mogą się zdecydować na tylko jeden rodzaj kiełków. 😉

Czytałeś już pozostałe wpisy?

Dodaj komentarz